Wstęp

Podróże mają w sobie niezwykłą moc powracania do miejsc, które zapisały się w sercu nie tylko wspomnieniami, lecz także relacjami, zapachami, barwami i cichym pulsem codziennego życia. Bukanga jest dla mnie właśnie takim miejscem – przestrzenią spotkania, gdzie zwyczajność splata się z duchowością, a proste, pełne serdeczności gesty tworzą klimat domu. Kiedy po czterech latach znów wyruszyłam w drogę do Tanzanii, czułam, jakby czas zatoczył koło, a jednocześnie otwierał nowy rozdział pełen wzruszeń, obserwacji i refleksji. Poniższy zapis jest próbą uchwycenia tych poruszających chwil – powrotu, który okazał się zarówno podróżą zewnętrzną, jak i wewnętrzną.


Podróż i pierwsze wrażenia

Minęły już cztery lata od mojego poprzedniego pobytu w Bukanga – cztery lata, które zdążyły wiele zmienić, a jednocześnie tyle pozostawiły znajomego. Tym razem wracałam na dwa miesiące. Samolot z Dar es Salaam wylądował w Mwanzie 05 września o godz. 22.30. Podróż upłynęła spokojnie, choć długie – dziewięciogodzinne – oczekiwanie na połączenia w Dosze (Qatar) i w Dar es Salaam (Tanzania) wystawiło moją cierpliwość na próbę.

W hali przylotów czekali już na mnie s. Rut, moja rodzona siostra, oraz ks. Maciej Oparka. Ze względu na późną porę naszą wyprawę do Bukanga odłożyliśmy na następny dzień, 06 września.

W drodze czekała na mnie pierwsza, zupełnie nieoczekiwana niespodzianka. Przez kilka kilometrów jechaliśmy trasą prowadzącą przez Park Serengeti – ten zachwycający, tętniący życiem skarb Tanzanii, słynący z wielkich migracji i niezmierzonego bogactwa fauny i flory. W pewnym momencie, jakby dla podkreślenia wyjątkowości chwili, na naszej drodze pojawiły się słonie. Ich majestatyczne sylwetki wyłaniały się z półmroku, przypominając, że to kraina, w której przyroda wciąż rządzi się własnymi prawami. W oddali było widać pojedyncze lub małe grupki zeber, antylop i bawołów.

Późnym popołudniem dotarliśmy wreszcie do Bukanga. Powitanie było wzruszające – pełne uśmiechów, ciepłych gestów, a nawet piosenki zaśpiewanej po polsku: „Witamy cię, alleluja!”. Trudno było powstrzymać poruszenie serca.

Cztery lata potrafią zmienić świat. Dzieci wydoroślały, pojawiły się nowe twarze, a cały teren jakby wypiękniał. Ptaki śpiewają tu z niezmąconą radością, a kwiaty zdają się rozkwitać w każdym, nawet najmniejszym zakątku. Powstały nowe ogrody – św. Tereski, św. Józefa, św. Carla Acutisa, św. Klary, św. Izydora… Siostry troszczą się o nie z wielką miłością, dbając, aby każdy z nich był małym, tętniącym życiem rajem. Z pobliskiej sali dobiegają radosne głosy dzieci, jakby śmiech mieszał się tu z wonią kwiatów i powiewem wiatru.


Jak wygląda dzień w Bukanga?

Życie w Bukanga toczy się w rytmie modlitwy, pracy i prostoty, która z czasem staje się źródłem głębokiego pokoju.

Wstaję o piątej rano. Siostry zaczynają dzień jeszcze wcześniej – właśnie o tej porze rozpoczynają modlitwy. Jeden tydzień modlą się po suahili, kolejny – po angielsku. W ciszy tropikalnego poranka rozbrzmiewają najpierw słowa przygotowania do modlitwy brewiarzowej, potem Jutrznia i modlitwy poranne. Wkrótce po nich wszyscy mieszkańcy Centrum gromadzą się na Mszy Świętej.

W kaplicy panuje atmosfera domowego ciepła. Najmłodsza z dzieci, mała Anielka, ma zawsze rozłożony kocyk tuż obok s. Rut. Zwykle śpi jeszcze, kiedy wchodzę, wtulona w swoją małą przystań. Gdy tylko się przebudzi, wspina się na kolana s. Rut i tam, bez cienia lęku, zasypia ponownie – jakby odnajdywała przy niej bezpieczny świat.

Podczas Mszy urzekają mnie pieśni: wielogłosowe, harmonijne, głębokie. Towarzyszą im instrumenty perkusyjne i djembe. Cała oprawa liturgiczna jest pełna radości i godności, a jednocześnie zaprasza do kontemplacji. Tu muzyka naprawdę staje się modlitwą.

Po Mszy świętej wspólnie odmawiana jest Koronka do Najświętszego Sakramentu, a dopiero potem przychodzi czas na proste śniadanie: uji i bułkę. Potem dzieci wsiadają do autobusu i jadą do szkoły, a s. Edwarda wraz z Postulantkami ruszają w drogę do Musomy, gdzie znajduje się ich szkoła. Pozostali gromadzą się jeszcze w kaplicy na Koronkę Pokoju i czytanie Pisma Świętego, po czym każdy udaje się do swoich obowiązków – do zwierząt, na pole, do ogrodu, kuchni czy zakrystii.

O 11.45 nowicjuszki ponownie spotykają się w kaplicy, by wspólnie modlić się modlitwą w ciągu dnia, dokonać rachunku sumienia i podziękować za otrzymane łaski. O 12.30 wszyscy schodzą się na lunch: ugali, warzywa, czasem mięso lub rybę, a do tego owoc – arbuz, banan albo papaja.

Po obiedzie jest chwila na odpoczynek, a potem znów praca albo nauka. O 14.45, trzy razy w tygodniu, odbywa się uczczenie Relikwii św. Faustyny, św. Jana Pawła II oraz bł. Michała Sopoćki, połączone z Koronką do Miłosierdzia Bożego. Następnie udajemy się na cmentarz, by krótką modlitwą uczcić pamięć śp. Ks. Edwarda. W pozostałe dni siostry odmawiają Koronkę do Miłosierdzia w kaplicy.

O 17.30, gdy wszyscy wracają do domu, rozpoczynają się Nieszpory i różaniec. Po kolacji wieczór cichnie – to czas nauki, chwil osobistej modlitwy oraz czytania żywotów świętych. Na zakończenie dnia siostry śpiewają błogosławieństwo św. Franciszka i Apel Jasnogórski. Ku mojemu zaskoczeniu, w Tanzanii brzmi on nieco inaczej – zamiast „Królowo Polski”, rozbrzmiewa „Królowo Tanzanii”.

Dzień w Bukanga zamyka cisza, która nie jest pustką, lecz spokojem wypełnionym wdzięcznością.


Zakończenie

Każdy dzień spędzony w Bukanga utwierdza mnie w przekonaniu, że prawdziwe piękno kryje się w prostocie i w rytmie życia, który pozostaje wierny temu, co najważniejsze. Wspólnota, modlitwa, praca, śpiew, obecność drugiego człowieka – tutaj wszystko splata się w jedną, spokojną harmonię, jakby świat na chwilę zwalniał, by dać miejsce wdzięczności.

Powrót po latach nie tylko odświeżył we mnie pamięć dawnych chwil, lecz także pozwolił zobaczyć, jak wiele się zmieniło, jak wiele rozkwitło i jak wiele pozostało niezmiennie pięknych. Bukanga uczy, że nawet w najskromniejszych warunkach kryje się bogactwo, którego nie sposób zmierzyć – bogactwo serc, relacji i codziennych gestów miłości.

Wyjeżdżając, wiem, że część mnie pozostanie tutaj na zawsze, a cichy śpiew porannych modlitw, głosy dzieci i afrykańskie słońce będą mi towarzyszyć jeszcze długo – jak światło, które przypomina o miejscu, gdzie człowiek naprawdę czuje się blisko Boga i ludzi.

GALERIA ZDJĘĆ